Wywiad z Piotrem Krzemińskim dla muzyka.onet.pl - AD czerwiec 2003


Wywiad z Krzysztofem w muzyka.interia.pl - AD 2003



Ankh - "Expect Unexpected"

- Nagraliście płytę zdecydowanie rożną od tego, z czym dotychczas kojarzono Ankh. Dlaczego?

Krzysztof: Dla mnie to naturalne. Mam nadzieje ze każda nasza płyta jest inna. Raczej nie chcielibyśmy się powtarzać.... no przynajmniej w sensie formy. Od nagrania płyty "...będzie tajemnicą" minęło pięć lat - przez ten czas musiało się wiele zmienić. Oczywiście mam świadomość tego, że dla nas te naturalne, ewolucyjne zmiany - dla innych (np. słuchaczy) mogą być odbierane zupełnie inaczej. Niestety w powszechnej świadomości jeżeli jakieś zjawisko nie istnieje "medialnie" nie istnieje wcale. Rozumiem więc, że dla wielu osób płyta "Expect the Unexpected" może być zaskoczeniem. Liczę jednak że ta płyta dotrze do także do tych, którzy zauważą w niej inne różnice niż tylko nieobecność Michała Jelonka. Poza tym przez ten czas udało nam się zbudować własne studio nagrań, co dało i daje nam olbrzymią swobodę w realizacji wszelkich muzycznych planów. Dzięki temu nieograniczeni niczym, przede wszystkim czasem, nagraliśmy dokładnie to co chcieliśmy i jak chcieliśmy. To też pośrednio wpłynęło na tak duży odstęp czasowy i taką a nie inną formę.

- Już pierwszy utwór ( w zasadzie drugi) jest ogromnym zaskoczeniem dla fanów. "Sztuczka" - "The Trick" odstaje jednak stylistycznie od reszty albumu. To w zasadzie popowa, nasycona elektroniką piosenka. Macie chrapkę na przebojowego singla?

Krzysztof: Nie mam nic przeciw temu aby utwór Sztuczka (The Trick) stał się światowym przebojem. Natomiast na pewno takie założenie nie towarzyszy nam podczas tworzenia piosenek. Utwór ten, zupełnie niechcący stał się taką sztuczką. Czymś zupełnie innym od reszty. Ale to właśnie ta RESZTA stanowi o jego inności "taką sztuczką" go tworzy... Elektronika ? ...To tylko środek wyrazu, narzędzie z którego grzechem byłoby nie skorzystać.

- "Love Supreme" przywołuje skojarzenia z ostatnimi dokonaniami King Crimson. Zresztą nie tylko on, także następne utwory: "On The Way" czy "Pragnę Ciebie". Czy zgodzicie się z tą opinią?

Krzysztof: Ostatnie dokonania King Crimson znamy i lubimy. Na pewno to czego słuchamy nie pozostaje bez wpływu na to co gramy, aczkolwiek nie chcemy być drugim K.C. śledzimy też dokonania wielu innych artystów. Tworząc muzykę nie zakładamy z góry, że musi to być coś zupełnie oryginalnego, ani też nie chcemy nikogo naśladować. Gramy to co w danym momencie nam się podoba i co sprawia nam przyjemność. Przede wszystkim nam. Jedni odnajdują podobieństwa, inni twierdzą, że jesteśmy niepowtarzalni, nam trudno jest mieć obiektywny stosunek do tego co robimy.

- Z kolei w "Moonlight Drive" jest coś z muzycznego szaleństwa Franka Zappy...

Krzysztof: We wszystkim co robimy jest trochę szaleństwa. Przynajmniej mam taką nadzieję. Ale jeżeli miałbym je do czegoś lub kogoś odnosić to jest ono bliżej Johna Zorna niż Franka Zappy.

- Na płycie znalazło się kilka muzycznych przerywników: "Expect 1, 2, 3". Czemu miało to służyć? Czy wasza płyta ma jakieś znamiona koncept albumu?

Krzysztof: Nie wiem co rozumiesz pod pojęciem "koncept album". W jakimś sensie każda z naszych płyt to "koncept album". Każda stanowi całość, jakąś opowieść i tylko tak należy je rozpatrywać. Expect 1,2,3 (tak jak blaazy na "będzie tajemnicą ...") wyznaczają jej części.

- Nagralicie bardzo ambitną, trudną w odbiorze płytę Do kogo ma trafić ta muzyka? Czy w dzisiejszych, trudnych dla sztuki czasach, artystyczny kompromis nie byłby najlepszym rozwiązaniem dla zespołu, który chce po prostu istnieć i grać?

Krzysztof: Czy utwory "Sztuczka" i "Ty i ja" uważasz za trudne w odbiorze? Mam nadzieję, że nie. A one stanowią swego rodzaju wejście do tej opowieści. W którym momencie stanie się ona niezrozumiała, czy zbyt trudna to już zależy od indywidualnej wrażliwości słuchacza. Jeżeli jest to trudna płyta to co można powiedzieć o dokonaniach wspomnianego Johna Zorna np. z Naked City czy chociażby zespołu Łoskot nie mówiąc już o tak popularnym King Crimson. Na świecie jest wiele osób o szerokich horyzontach muzycznych, którzy słuchają bardzo różnej muzyki. Expect unexpected z pewnością bardziej będzie przemawiać do takich ludzi niż do widowni telewizyjnych seriali. My nie zadajemy sobie pytań do kogo ma trafić nasza muzyka tak samo jak nie istniej dla nas pojęcie kompromisu, a czasy dla sztuki zawsze były trudne.

- Niedawno wrócilicie z koncertów w Meksyku? Zagraniczna publiczność jest dla was bardziej łaskawa niż ta w Polsce? Jakie wrażenia przywieŸliście z Meksyku?

Krzysztof: Łaskawa? być może. To jest na pewno zupełnie inna publiczność niż ta w Polsce. Na większości koncertów, które tam graliśmy pojawili się ludzie, o których można powiedzieć, że przyszli bardziej słuchać niż tańczyć. Przynajmniej z pozoru tak to wyglądało. Kiedyś po koncercie w Rio de Janerio dwóch panów, którzy mieszkali w tym samym hotelu zostawiło nam kartkę o mniej więcej takiej treści: "Ankh jesteście najlepsi, super i w ogóle..., przylecieliśmy 500 km żeby zobaczyć wasz koncert". I większość tamtejszej publiczności to tego typu ludzie. A propos my odpisaliśmy im: "my przelecieliśmy 12 000 żeby dla was zagrać".

- Teksty na płycie "Expect Unexpected" doskonale współgrają z muzyką, choć czasami sprawiają wrażenie nieco chaotycznych? Kto odpowiada za warstwę liryczną płyty?

Krzysztof: Autorem tekstów jest oczywiście Piotr, o czym dosłownie mówi w pewnym momencie głos Michała Jelonka (piosenka "loop fast violin mix"). Tak jak mówiłem wcześniej, dla mnie jest to całość i oczywiście wrażenia chaosu nie mam. Każdy jeżeli tylko chce i pozwala mu na to jego indywidualna wrażliwość znajdzie swoją interpretację. Dotyczy to zarówno warstwy muzycznej jak i lirycznej.

- Nowy wydawca to nowe perspektywy. Dlaczego Metal Mind?

Krzysztof: Słyszeliśmy bardzo wiele dobrych opinii o wydawnictwie Metal Mind. W zasadzie rozmowy prowadziliśmy od dłuższego czasu mniemam więc, że oni chcieli wydać tę płytę. Dodatkowo zależało nam aby obie premiery amerykańska i polska zbiegły się w mniej więcej tym samym czasie, a to właśnie współpraca z Metal Mind nam umożliwiała.

- W sklepach trudno o wasze poprzednie płyty. Czy jest szansa, że to się zmieni?

Krzysztof: Ze względu na zasadnicze trudności we współpracy z poprzednimi wydawcami wstrzymaliśmy produkcję i sprzedaż poprzednich płyt. W tym momencie kończymy pracę nad utworami bonusowymi, które znajdą się na ich reedycjach. Wydawcą reedycji będzie Metal Mind i pozostaje mieć nadzieję, że nie będzie już problemów z ich nieobecnością w sklepach.

- Ankh z początku lat 90. i Ankh AD 2003 to - muzycznie - zupełnie inne zespoły. A co je łączy?

Krzysztof: Ten sam fundament na którym jest postawiony zupełnie nowy, nowoczesny budynek.

- Jaki będzie Ankh za pięć lat? Jak to sobie wyobrażacie?

Krzysztof: Jeżeli pytasz o muzykę - nie wiem. Natomiast mam nadzieję, że pojawią się nowe dylematy: czy lecieć do Tokio czy znowu do Nowego Jorku. Ale co, jak, i z kim będziemy grali, chyba na szczęście, nie potrafię sobie wyobrazić.

- Trzy zdania którymi zareklamowalibyście ten album?

Krzysztof: Nowa. Niepokojąca. Miłość jak dynamit.



Metal Hammer 2003

rozmawiał Darek Świtała



Z Krzysztofem Szmidtem i Michałem Pastuszką z zespołu Ankh rozmawia Magda Tytuła - "Perspektywy"

- Od nagrania ostatniej Waszej płyty ("...będzie tajemnicą") upłynęło już 5 lat. Co było powodem tak długiej przerwy? Brak pomysłów, dojrzewanie, poszukiwanie nowej drogi?

Krzysiek: To wyszło naturalnie. Z jednej strony nastąpiły zmiany w składzie (odszedł Michał Jelonek), z drugiej - musieliśmy sobie poukładać pewne sprawy, by móc dalej grać. Zdecydowaliśmy np. wybudować własne studio zamiast - jak dotąd - wynajmować. To wszystko zajęło trochę czasu...

Michał: Ale dzięki temu studiu zyskaliśmy też niezależność. Teraz już - jeśli coś nam nie wyjdzie - nie możemy mieć do nikogo pretensji, tylko do siebie.

Krzysiek: No właśnie. Teraz już nie musimy szukać wydawcy, nagrywać dema, stresować się tym, że czas nas goni. Po prostu wchodzimy, nagrywamy to, co nam się podoba i już. I potem albo to ktoś akceptuje, albo nie. Mamy pomysły, nie musimy iść na żadne kompromisy.

- A nie przestrasza Was wizja, że własne studio to obowiązek, że teraz już musicie grać?

Krzysiek: Ale o to właśnie chodzi! My tego chcemy, to było nasze marzenie, żeby całe życie grać i w dodatku mieć taki komfort pracy, by móc się z tego utrzymywać. Właśnie te pięć lat to był czas, kiedy zastanawialiśmy się nad tym, jak to wszystko sobie poukładać. Kiedy okazało się, że możemy sobie pozwolić - finansowo - na to, zdecydowaliśmy się na tę drogę.

- W recenzjach Waszej ostatniej płyty - "Expect unexpected" - różnie mówi się o gatunku tej muzyki. Jedni przyporządkowują was do awangardy, inni do alternatywy, jeszcze inni do progresywnego elektronicznego rocka. Która z tych nazw jest właściwa według Was?

Michał: Każda z tych naklejek pasuje.

Krzysiek: Poza tym nie zastanawiamy się nad tym, kiedy gramy. Dla nas najważniejsze jest, żeby to, co robimy, sprawiało nam przyjemność, żebyśmy się dobrze czuli grając taką a nie inną muzykę. Nie zakładamy sobie, że to musi być progresywne czy nieprogresywne, metalowe czy akustyczne.

- Ale skądś biorą się jednak pomysły i to, że w danym momencie gracie folk, a w innym łączycie punk ze skrzypcami...

Michał: To wynika z tego, czego się słucha. Muzyka jest dziś taka, a nie inna i jeżeli chce się być na czasie, wiedzieć, co się wokół nas dzieje, trzeba słuchać. I bardzo często zdarza się tak, że wiele z tych nowych propozycji to bardzo fajne rzeczy i trudno się w nich nie zakochać.

Krzysiek: Jest też tak, że w danym momencie dysponujemy takimi, a nie innymi instrumentami - i z nich korzystamy. Gdyby Michał grał np. na skrzypcach, a ja na oboju - to pewnie próbowalibyśmy coś z tego stworzyć. Chodzi o to, że nie robimy sobie kalkulacji, nie reżyserujemy "tu trochę elektronicznie, tam znów folkowo lub ze skrzypcami, bo to teraz w modzie i się lepiej sprzeda". Pewnie w naszej sytuacji najprościej byłoby ciągnąć temat skrzypiec i robić to, co robiliśmy kiedyś. Ale to byłoby granie na siłę.

Michał: Poza tym to byłaby martwa sytuacja. Taki produkt. Nie coś, co się lubi robić, tylko coś, co trzeba zrobić, bo publiczność się tego domaga.

Krzysiek: Ale znów - to nie jest jeszcze kwestia zamknięta, na zasadzie "już nigdy nie będzie u nas skrzypiec". Takie rzeczy wychodzą same z siebie, skład się tak a nie inaczej ustala i z takim a nie innym instrumentarium nagrywamy płyty.

- Porównując Wasze wcześniejsze płyty z tą ostatnią, mam wrażenie, że kiedyś to teksty były bardziej skomplikowane, to na nie padał większy akcent. Teraz zaś słowa są bardzo proste, a muzyka - o wiele bardziej wyrafinowana...

Krzysiek: Słowa są niby proste, ale jakże uniwersalne! Piotr jest teraz oszczędniejszy w słowach, ale teksty nie są aż tak oczywiste. Dla mnie poprzednie płyty były może nieco bardziej banalne - także tekstowo, ale przede wszystkim muzycznie. Natomiast tutaj jest uniwersalizm i taka jednocześnie prostota, że mnie samego to zaskakuje.

- Można odnieść też wrażenie, że te wcześniejsze płyty były bardziej młodzieńcze, pełne patosu, wyrazistych kontrastów...

Krzysztof: Tak i ja to odbieram. A w przypadku "Expect unexpected" Piotrek zostawił więcej przestrzeni słuchaczowi.

- Czy wobec tego zgadzacie się z powtarzaną wszędzie opinią, że pierwszy kawałek na płycie - "Sztuczka" - to utwór banalny i byle jaki?

Michał: Ta piosenka jest bardzo przewrotna. Ona się tylko wydaje prosta i banalna, ale tak naprawdę - muzycznie i tekstowo - jest to pewna sztuczka właśnie. Zobacz, jaką ona ma wartość na tle tego, co jest potem na płycie.

Krzysiek: Ale to sztuczka niewyreżyserowana. To utwór, który może być w zasadzie jakimś hitem, skłania do słuchania płyty pewną grupę osób, które po niej, po tej "Sztuczce" - dostają materiał zupełnie inny, który kusi dalej.

- Więc może "Sztuczka" to Wasz sposób na odsiew tych "właściwych" słuchaczy?

Krzysiek: Nie, właśnie odwrotnie. Kiedy "Sztuczkę" słyszy ktoś mniej wrażliwy muzycznie, podoba mu się to, a potem dostaje resztę płyty...

- A Wam, podoba się ten utwór?

Krzysiek: Ja go bardzo lubię. To jest tak, że jak gramy utwory z "Expect unexpected" - a to nie są kawałki łatwe ani do słuchania, ani do grania - to "Sztuczka" jest takim świetnym relaksem. My też jesteśmy tylko ludŸmi i pewna odmiana sprawia, że możemy się poczuć jeszcze lepiej. - Ale na płycie to kawałek pierwszy, więc to raczej relaks przed niż po...

Michał: Ale tytuł płyty znaczy przecież "oczekując nieoczekiwanego". Więc ten układ piosenek jest zaprogramowany.

Krzysiek: Poza tym ja raczej mówiłem o naszym punkcie widzenia, o graniu tego kawałka na koncertach czy próbach, kiedy to my przy nim odpoczywamy. Płyty będą słuchać prawdopodobnie ludzie o zupełnie innej wrażliwości niż my i mam nadzieje, że ci bardziej wrażliwi zrozumieją taki a nie inny układ utworów. Pozostali, przypuszczam, nie zauważą tego.

- W jednym z wywiadów mówiliście, że każda z Waszych płyt jest opowieścią. O czym, jaka i dla kogo jest więc ostatnia opowieść?

Michał: Według mnie to opowieść adekwatna do czasów, w jakich żyjemy. Czyli do czasów totalnego pomieszania. Do tego, że w życiu króluje taki patchwork, połączenie ze sobą zupełnie różnych rzeczy. I ta płyta też trochę taka jest: znajdziesz na niej różne światy, ale opowiedziane ustami jednego człowieka.

Krzysiek: Dla mnie ta płyta to taka fotografia, która odzwierciedla to, co się z nami działo, co przeżyliśmy i co przeżywamy. Ta opowieść nie ma adresata, to taka pocztówka wysłana bez adresu. Kto ją dostanie, ten coś na niej zobaczy. A każdy zobaczy coś innego.

- Czyli w ogóle nie macie "zaprojektowanego" takiego swojego słuchacza?

Michał: Tak naprawdę takie coś tylko przeszkadza. Dlatego, że zaczyna się grać pod kogoś. - Ale po koncertach w Meksyku mówiliście, że tam słuchają Was ci, którzy mniej tańczą a bardziej słuchają. Czy te słowa nie znaczyły, że wolicie któryś z rodzajów publiczności?

Krzysiek: To nie był zarzut czy wartościowanie, tylko stwierdzenie faktu, że tam ludzie reagują całkiem inaczej. Nawet wizualnie się różnią, bardziej przypominają tych, którzy u nas - nie wiem - handlują walutą. I to na nas też inaczej wpływa. Działamy na zasadzie przekory. Pojawiamy się wśród nich na zasadzie takich diabełków. A swoją drogą tam jest duże zainteresowanie polską sceną niezależną i muzyką, którą się robi w Europie Srodkowo-Wschodniej. - A skąd to zainteresowanie?

Michał: To też jest taka ich przekora, antyamerykańskość

Krzysiek: Szukają czegoś nowego, prawdopodobnie. Dla nich to egzotyka. A poza tym oni też mają taki element szaleństwa w swoim życiu, przemawia do nich nasza słowiańska melancholia.

- A w Waszej muzyce jest ta słowiańska melancholia?

Michał: Pewnie. Słowiańska melancholia i germańska namiętność.






Ankh - operacja muzyczna ?

- W notce Gazetki Festiwalowej Jarocin '93 napisano o Was, że ANKH to operacja muzyczna...

Krzyś: To jest takie miłe określenie bo zespół muzyczny brzmi zbyt sztampowo i popularnie, dlatego właśnie operacja, ze względu na bardzo ładne brzmienie tych dwóch słów.

Piotr: ANKH jako zespół, to nie tylko rock'n'rollowe dźwięki. Jest to także pewna dodatkowa myśl, która przyświeca działalności tej grupy w ogóle i stąd właśnie “operacja”, czyli jakieś głębrze zamierzenie, coś więcej niż sama działalność muzyczna. To także pewien sposób myślenia, który chcielibyśmy przekazać słuchaczom, odbiorcom.

- W jaki sposób próbujecie odnaleźć “prawdziwą istotę człowieczeństwa”?

Piotr: Nam się wydaje, że ludzkość w tej chwili trochę się gubi. Zatraca się w pogoni za rzeczami w sumie mało istotnymi dla siebie samej i co najgorsze ludzie którzy chcieliby nawet inaczej żyć, w tej całej maszynie, praktycznie są bezwolni. I tak naprawdę chcąc siebie odnaleźć, nie mogą do końca tego zrobić, ponieważ wolność, która jest nam dana nie jest wolnością rzeczywistą, oczywistą i prawdziwą, tylko wolnością pomiędzy np. jakimś wyborem. Czy wybiorę to, czy wybiorę tamto, ale którąś z rzeczy muszę wybrać i wychodzi na to, że obie rzeczy są złe.

- ANKH staje się coraz bardziej popularny, zyskuje nowych odbiorców. Jak sądzicie, na czym polega siła Waszego zespołu?

Piotr: Na autentyczności. To co robimy nie jest narzucone, nawet przez samych siebie. Nie musimy być modni, nie musimy iść z duchem czasu muzycznego, tego co jest proponowane we wszystkich środkach masowego rażenia. Staramy się być sobą. Moda muzyczna nie wypływa na nas świadomie. Wpływa podświadomie i potem ewentualnie wychodzi w dźwiękach. Wszystkie pomysły muzyczne, ich realizacja są zupełnie autentyczne, spontaniczne i wynikają z nas samych.

- Tę śmiałą tezę potwierdza Wasz sukces na Festiwalu w Jarocinie w 1993 roku. To co tam zaproponowaliście było pod prąd dominującym trendom...

Piotr: Żeby tylko to tak nie zabrzmiało, że się chwalimy (śmiech), ale pokazało nam to w znakomity sposób, że jednak to myślenie którym się kierowaliśmy jadąc na ten festiwal, żeby grać swoją muzykę, a nie to co jest modne, w pełni sprawdziło się i przyniosło nam sukces. W potoku zespołów deathowych, grungowych, seatlowskich grupa była zupełnie czymś innym, czymś nowym, przez to autentycznym i wszyscy zwrócili na nią uwagę. Gdybyśmy grali nawet nie wiem jak wspaniale, ale zgodnie z modą, to byśmy byli jednym z 30-stu zespołów, które tam wystąpiły.

- Gdyby słowami można było opisać muzykę jaką tworzycie...

Piotr: Pozwolisz, że zacytuję Edgara Froese, który powiedział kiedyś:

“mówić o muzyce, to jak tańczyć o architekturze”. No ale być może da się tańczyć o architekturze, być może da się mówić o muzyce. Ja wiem co my gramy?... To jest na pewno muzyka rockowa, ale nie zamknięta w wąskim pasemku tego gatunku. Często zespołom przylepia się etykietkę, np. death metal czy pop-rock, my dość szeroko to pojmujemy. Jest to taka walka, walka pewnych kontrastów, które się w jakiś tam sposób pojawiają, przechodzą z bieli w czerń i we wszystkie odcienie bieli i czerni.

- Twierdzicie, że muzyka z zewnątrz oddziaływuje na Was podświadomie, niemniej można mówić o pewnych inspiracjach, nawet jeżeli nie są one bezpośrednie...

Piotr: Tak. Zawsze jest tak, że czy chcę czy nie, to w pewien sposób inspiruję się muzyką innych wykonawców. Ale w naszym przypadku każdy słucha trochę innej muzyki. Dla mnie np. idolami się grupy U-2, New Model Army, czy Janes Addiction, która w pewnym momencie mojego życia zrobiła na mnie duże wrażenie. Ale oprócz tego Pink Floyd, Tangerine Dream, w sumie bardzo szeroki zakres muzyki.

Piotr: Najbardziej szanujemy te grupy, które dysponują taką formą nadbudowy pozamuzycznej, kiedy dźwiękom i tekstom towarzyszy głębsza myśl. Jeśli jest to autentyczne i szczere, to na pewno będzie zrozumiane, to murowane. Jest tylko kwestia zakresu w jakim będzie to szeroki zakres ludzi, czy wąskie pasmo odbiorców.

- Na pierwszej płycie śpiewasz po angielsku, ale większość to teksty polskie. Czy to świadomy wybór?

Piotr: Tworzenie materiału na płytę, to zapis pewnego okresu działalności zespołu. To, że na pierwszej płycie pojawiły się piosenki po angielsku, to dlatego, że w wersji pierwotnej tak powstały i tak już zostało.

- Jeden z tekstów z pierwszej płyty, a także jeden z drugiej płyty zespołu jest autorstwa Krzysztofa Baczyńskiego, inny Dantego. Ciągoty ku klasyce?

Piotr: To nawet nie tak... Jeszcze w szkole średniej zetknąłem się z Baczyńskim, bardzo polubiłem jego poezję. Uważam, że był bardzo ciekawym człowiekiem. Gdyby żył dzisiaj, a miał podłego pecha, że przeżywał młodość w okresie w którym nikt z nas nie chciałby żyć, to mam wrażenie, że byłby muzykiem lub osobą związaną z rockiem. To geniusz, największy polski poeta, jaki żył, przynajmniej dla mnie.

- Pociągnę jeszcze pytanie o klasykę. Skąd wzięły się skrzypce w Waszym zespole?

Piotr: To był totalny przypadek. Kiedyś jak graliśmy z Krzyśkiem i poprzednim perkusistą szukaliśmy odmiany dla naszego brzmienia. Przy okazji współpracy z Teatrem Diaspora w Kielcach spotkaliśmy się z Michałem, który robił muzykę do jednej z części sztuki. Tam Krzysztof zaproponował Michałowi wspólnie podgrywanko i tak się zaczęło.

- Większość biernych odbiorców Waszej muzyki kojarzy ANKH z rockowymi wersjami “Czterech pór roku” Vivaldiego, czy“24 Kaprysem” Paganiniego. Czy jest to efekt zamierzony, czy uboczny Waszej działalności?

Piotr: Tematy klasyczne pojawiły się kiedy jeszcze mało koncertowaliśmy i dużo eksperymentowaliśmy z dźwiękiem. Było tak, że Michał wracał z póby w Filharmonii, przychodził do nas i grał nam różne barokowe tematy. Podchwyciliśmy, zaczęliśmy wspólnie grać i wtedy do nas doszło, że to jest dobre i trzeba zrobić z tego kawałek. I zrobiliśmy. Natomiast “24 Kaprys” jest to utwór w pełni zamierzony, w pełni przez Michała przygotowany i zrobiony na rockową nutę. Paganini był pierwszym punkowcem na świecie. To był pierwszy rockman z prawdziwego zdarzenia, który ze skrzypcami robił to, co Jimmi Hendrix z gitarą.

Krzyś: Nawiązanie do klasyki, to nie jest główny nurt działalności zespołu i nie chcemy aby nas utożsamiano z zespołem, który gra przeróbki utworów klasycznych. To jest dla nas zupełnie przy okazji.

- Muzyka zawarta na pierwszej płycie zespołu, to wg Waszego credo, rodzaj baśniowej opowieści zmierzającej do odnalezienia pierwotnego dźwięku. Czy poszukiwania przenieśliście na płytę “Ziemia i Słońce”?

Piotr: Z tym szukaniem pierwotnego dźwięku, to tak jak z szukaniem Świętego Graala. Nie wiadomi czy uda nam się to kiedyś zrealizować, ale może się zbliżymy, przynajmniej w nas samych do tego. Natomiast cały czas jest to baśniowa opowieść. Jest to kontynuacja pewnego myślenia, które jest w nas. Świat w którym żyjemy jest nie do przyjęcia i zostaje nam wybór taki, albo stanąć obok niego labo uznać go za projekcję. Ale tak naprawdę, to żeby prawdziwy świat był w człowieku, w naszym myśleniu, w naszym działaniu. Dlatego cały czas baśń, bo tylko ona może przynieść jakąkolwiek radość, spokój dla człowieka. Nie to co nas otacza, nie pogoń za tym żeby przetrwać kolejny rok - o tym jest ta muzyka. Pierwsza płyta była w sumie poświęcona wierze, druga jest o miłości, a trzecia będzie poświęcona nadziei. Płyta “Ziemia i Słońce” w porównaniu do pierwszej jest bogatsza dźwiękowo, muzycznie w ogóle. W kwestii przekazu jest bardziej optymistyczna i uniwersalna. Płyta ma być o uczuciu, które jest najwspanialszą rzeczą jaką ludzi spotyka na Ziemi. Wszystko co zostało stworzone, zostało stworzone z uczucia.

- Do kogo adresujecie Waszą muzykę?

Piotr: Do wszystkich ludzi, którzy są uczuciowi, wrażliwi.

Krzyś: Do tych, którzy się młodo czują, ci są młodzi. Młodość, to nie tylko gładkość skóry.

Polskie Radio Kraków 1995

rozmawiał Marek Tomalik

zespol01.jpg (18273 bytes)zespol02.jpg (23861 bytes)