Ankh w USA

 

Pewnego razu w trakcie trwania próby grupy u Krzysztofa Szmidta (u niego w domu w podkieleckim Masłowie znajduje się nasza muzyczna pracownia zwana "Hutą Dźwięku") Siedzę z Adamem Rainem (bębniarzem) odpoczywając od hutniczego huku. Siedzimy i pijemy kawę, palimy papierosy.

- Fajnie byłoby Adaś zagrać w Nowym Yorku- rozmarzyłem się,
- No ba! Wiadomo każdy chciałby zagrać w Nowym Yorku- odparł nasz perkusista

I tak sobie gadamy marząc jak to jeździmy po nowojorskich pubach , muzycznych klubach i gramy nasze dźwięki w samym centrum nowoczesnego świata, we współczesnej Wieży Babel, mieszającej nacje , kultury, religie , pomysły na życie itd. Zwykle oglądając filmy, czy też marząc towarzyszy nam to złudne przekonanie, że pewne sprawy nie mogą wyjść poza ekran czy marzenia. Jednak im dłużej się żyje na tym padole to okazuje się, że tak nie jest ponieważ w Matrixie wszystko się może zdarzyć. Przerobiliśmy to już kilkakrotnie grając w miejscach, o których nawet nam się nie śniło albo przeżywając na trasach koncertowych czysto filmowe sytuacje.
Tak też dzieje się i tym razem. Za jakiś czas nasz przyjaciel i manager Marek Tomalik , (któremu zawdzięczamy więcej niż zdajemy sobie z tego sprawę, który produkuje super środek na lepszy stan ducha o nazwie "Monlight drive", dla którego sensem życia jest podróż ) zadzwonił do nas i powiedział.

- Chłopaki ja jadę do Australii polować na koty, bo ich kangur nie zje i ścigać się z psami dingo, a wy lecicie do Nowego Yorku i do Chicago na koncerty, które wam załatwiłem .- kończy.
- No! - myślę- i dzieje się.

Dostajemy zaproszenie od Antoniego Pieczychlebka, szefa fundacji "Running For Everyone" działającej w Chicago. Najpierw mamy polecieć do NY tam gramy koncert w polskim klubie "Cricet" a potem dalej lecimy do Chicago na koncert plenerowy w parku dla 30 tyś ludzi. Wszystko na przełomie maja i czerwca 2002 . Super!

No to czas walczyć o wizy . Pojechaliśmy do Warszawy z oficjalnym zaproszeniem raz potem drugi i trzeci. Jest udało się! Bez problemów dostajemy wizy służbowe , loty pokrywa nam fundacja , mamy bilety jesteśmy gotowi.

Leeecimmmyyyyyyy!!!!

Linia "British airways" , bardzo dobra, najpierw do Londynu potem do NY. W portach lotniczych i w samolotach bardzo miło. Jak się okazuje dla zwykłego pasażera niewiele się zmieniło po ataku na WTC. Spodziewamy się większego "trzepania", większej ilości uzbrojonych policjantów czy żołnierzy. Kłopoty z przejściem przez bramki kontrolne ma tylko Adaś Rain i to nie dlatego, że "gęba czarniawa" tylko notorycznie zostawia w kieszeni kluczyk do perkusji, który powoduje gwizdy i migania maszyny kontrolnej. Bez przygód lądujemy na lotnisku JFK w NY.

Terminal, do którego nas przywiózł samolot wcale nie wygląda komfortowo. Mieliśmy wrażenie ze przylecieliśmy do jednego z biedniejszych krajów Ameryki południowej . Nawet zapach podobny. Potem już nie mieliśmy takiego wrażenie. Na lotnisko przyjechał po nas dużym "DODGEM" szef klubu "Cricet" Leszek świercz. Highwayem z lotniska pojechaliśmy do hotelu . Po drodze objeżdżamy połowę NY . Z daleka oglądamy Manhattan. Pierwsze wrażenie po zobaczeni miasta jest dla mnie nieco inne niż sobie wyobrażałem . NY to połączone autostradami dzielnice. Pomiędzy nimi parki , lasy, przyrzeczne wzgórza oraz strumienie samochodów. W USA bez samochodu nie da się funkcjonować. Zatem każdy ma swój. Mieszkaliśmy w bardzo miłym hotelu obok autostrady w New Jersey. Jak nam powiedziano przebywał w nim także główny boss terrorystów atakujących WTC. Sprzęt zawozimy do klubu. Znajduje się on w dzielnicy , w której dookoła mieszkają sami czarni. Kiedyś byli tu Polacy, ale przenieśli się do innych dzielnic , na to miejsce przeprowadzili się murzyni. Taka migracja wewnątrz miejska w USA to normalna sprawa. Domy w stanach głównie się wynajmuje. Są one przeważnie drewniane i tylko obłożone ozdobnymi cegłami. Prawie nikogo nie stać na budowanie murowanych domów . Taki dom jak u nas kosztowałby tam około miliona dolarów.

Klub "Cricet" fajny. Bez przepychu , ale tez bez tzw. "słabo". Leszek właściciel jest muzykiem. Sprzęt na stałe stoi na scenie. Można się próbować. Jak wynika z wiszących w holu klubu plakatów w "Cricet" grała prawie cała Polska scena muzyczna.

Wieczorem pojechaliśmy na Manhattan. Oj robi wrażenie! Z daleka w nocy wygląda jak ogromny zamek otoczony wielka fosą , rzeką Hadson. Do Manhattanu wieżdżamy tunelem . Ulice niezbyt szerokie. Przecinają się pod kątem 90 stopni . Poza Brodwayem, ta ulica nie wiadomo dlaczego leci ukośnie. Witają nas olbrzymie kolorowe neony i morze ludzi.

- To miasto nie śpi - mówi Leszek.

Na ulicach prawdziwy misz-masz . Chłopaki i dziewczyny, gejowie i lezbijki, biali i czarni, metysi, mulaci, indianie, skośnoocy, młodzi, starzy , bogaci, biedni , szpanerzy i łachmaniarze. Obok konna policja i podpita laska głaskająca im koniki ( chodzi o zwierzęta a nie o głupie skojarzenia he he). Jedziemy dalej , na chodnikach siedzą młodzi jak w Jarocinie w czasie festiwalu. Prawdziwa Wieża Babel ! Pomieszanie z poplątaniem. Ale nam się ta anarchia podoba. Teraz zrozumiałem , że atak na WTC to także atak na to co lubię.

Jedziemy do "ground zero". Właśnie tego dnia w NY obchodzono uroczyście zakończenie odgruzowywania placu po wieżach. Samo miejsce wygląda jak plac budowy. Dziura w ziemi , budowlane lampy, koparki, dżwigi itp.. Ale wiemy, że jesteśmy w historycznym miejscu. świat nigdy tego nie zapomni. Wrażenie robi otoczenie kościoła , który stoi około 300 metrów od miejsca po WTC. Podobno to najstarszy kościół na Manhattanie. Wszędzie na ogrodzeniu koszulki, czapki z daszkami , zdjęcia i inne pamiątki pozostawione tam przez rodziny ofiar zaginionych w gruzach wież. To istne mauzoleum bólu i rozpaczy. Żaden pomnik, żadna pamiątkowa tablica nie odda tego smutku . Wszystko przyniosły rodziny i bliscy tych co tam zginęli 11 września 2001 roku.

Potem idziemy na spacer . Jest już bardzo późno w nocy. Na przeciwko Statuły Wolności. ludzie łowią ryby. Pomyślałem, oni są tu każdej nocy .I noc przed atakiem i pewnie już kilka dni po. To prawdziwy przejaw toczącego się życia.

- Co to za ryba ?- pyta Leszek jednego z czarnoskórych rybaków pokazując leżącą, porzuconą, dużą rybę.
- You don't know ?This is blue fish, man ! - Pada pogardliwa odpowiedź.

Ok idziemy nie będziemy przeszkadzać. Odchodząc spoglądamy na podświetloną Statułę Wolności stojącą po drugiej stronie. Jeden z rybaków nagle krzyczy. Widać po wygiętej wędce, że złapał duży okaz. Kilkunastu łowiących rzuciło się pomóc.

Prawdziwa zadyma na Manhattanie i to w środku nocy. Następnego dnia gramy sobie próbę w klubie. Jemy obiad i dużo rozmawiamy o przyszłości grupy Ankh. Nie wiem dlaczego, ale hotel i amerykańskie piwo sprzyjało niekoniecznie łatwym rozmowom o naszym graniu. Wieczorem pojechaliśmy do Polskiego Radia w NY. Przez prawie trzy godziny byliśmy na antenie rozmawiając ze słuchaczami . Program prowadził Daniel. Fajny gość. Młody Polak oczywiście. Poza pracą w polskiej stacji miksuje w nowojorskich klubach. Wspólnie z nim jechaliśmy do Cricet na imprezę taneczną . Po drodze jemy sałatki i słuchamy hard corovego radia. Tak jadąc i słuchając ciężkich kapel czuliśmy się naprawdę świetnie. W klubie spotykamy ziomala Piotrka Marca zwanego Liroyem.

- Przyjechałem popływać na desce na Florydzie - mówi Liroy pijąc z nami piwko przy stoliku - teraz jestem w NY bo muszę sprzedać jednego czarnego rapera do lepszej firmy , wiecie będzie z tego cash - opowiada.

Siedzimy tak pijemy piwko, palimy papierosy , muzyka łupie. Jest fajnie. Późno w nocy wracamy do hotelu. Odwozi nas młody Polak wielkim amerykańskim "krążownikiem szos". Chcieliśmy zabrać do auta piwo, ale jak się okazuje w stanie NY nie wolno mieć w aucie otwartego piwa. Nie ma znaczenia czy ma je pasażer czy kierowca. W razie policyjnej kontroli wszyscy idą do paki. Kolejnego dnia gramy koncert cały dzień w zasadzie snujemy się dookoła hotelu. W nocy około 22.00 gramy. Jest ok. Dobre nagłośnienie i mnóstwo znajomych z Kielc i okolic, którzy specjalnie przyszli na ten koncert.

Mamy bardzo mało czasu na odlot do Chicago. Po koncercie jeszcze na chwilę jedziemy do hotelu, dwie godziny snu i już jesteśmy na lotnisku Nework pod NY. Opdprawiamy się na samolot i co się okazuje, że odprawia nas Polka i to w dodatku nasza fanka! Komputer wylosował nas na trzepanie bagaży. Teraz widać, że na wewnętrznych lotniskach zmieniło się po tragedii WTC. Duży murzyn przeszukuje nam bagaże i futerały z instrumentami. Jest mocno ździwiony, że mam chleb w plecaku. Dostałem go od naszych koleżanek po koncercie w NY i stwierdziłem, że go zabiorę do Polski.( Ach to nasze polskie przywiązanie do chleba ).

W końcu lecimy do Chicago. W samolocie atmosfera jak w autobusie . Ludzie różnych nacji Arabowie, biali, czarni, ortodoksyjni Żydzi, latynosi. Są także i Polacy. Siedząca za nami pani pozdrawia nas. Lądujemy w Chicago. Pasta ,który gra z nami już długi czas ( znakomity gitarzysta i klawiszowiec a poza tym świetny gość ) mówi do mnie, że w Chicago będzie fajniej niż w NY. Odbierają nas z lotniska. Jedziemy z młodym chłopakiem do hotelu. Za cztery godziny gramy koncert w parku na imprezie u Antoniego Pieczychlebka.

Chwile odpoczywamy i idziemy bo mamy blisko przez park do sceny. Jesteśmy na miejscu. Zaraz gramy. Dookoła sami Polacy, polskie piwo, polskie jedzenie. Oprócz wyglądu policjantów wszystko tak jak na plenerowej imprezie w Polsce. Zagraliśmy bardzo fajny koncert ( szczególnie Pasta dawał taki odjazd na gitarach, że zapierało dech w piersiach ) . Potem zjedliśmy staropolski bigos z pierogami i placki ziemniaczane popijając żywieckim piwem. W międzyczasie kolega Krzysztof zapoznał się z Tomkiem i jego żoną. Od siedmiu lat są w USA pobrali się i teraz sobie pracują i żyją. Jak się okazało Tomek mieszkał w Kielcach na tym samym osiedlu co Krzysiek. Znali się z widzenia. Zapakowaliśmy się do tomaszowego auta ( ale fura!) i pojechaliśmy pooglądać Chicago w nocy. Robi wrażenie. Downtown położone jest niemal nad brzegiem jeziora Michigan . Drapacze chmur, autostrada i olbrzymi port jachtowy. Jest bardzo zimno . Wieje przenikliwy wiatr od jeziora.

Wracamy późno w nocy do hotelu jesteśmy zmęczeni i szybko idziemy spać. Następnego dnia jemy tradycyjne amerykańskie śniadanie w przyhotelowym barze. Za pięć dolarów dostajemy pieczone ziemniaki z sadzonym jajkiem. Dodatkowo grzanki, dżem, masło. Za dolara pan dodatkowo leje nam kawę ( jest tylko od tego, nic więcej poza kawą nie robi) możemy jej wypić bez ograniczeń.

Potem żegnamy się z Antonim , pijemy morze amerykańskiego piwa i niestety odlatujemy do Polski . Było bardzo fajnie. Na pożegnanie z Ameryką Matrix zapakował nas do biznes klasy w samolocie ( taki ukłon za wytrwałość w drodze ) . Straszna burza nad Chicago opóźniła start o dwie godziny. Mamy nadzieję, że jeszcze tam zagramy. Piotr Krzemiński